|
| |
|
|
| Wyprawa po ponad 6 tygodniach zakończona sukcesem :)
Dodał: Jacek
|
Szczęśliwie dolecieliśmy :) (jedynie trochę turbulencji wytrzęsło nas nad Kanadą) Jesteśmy już na Pięknej (teraz czas na WIELKIE pranie). Pozdrawiamy wszystkich serdecznie Alina & Jacek
|
| Środa 3 Wrzesnia 2008
|
Komentarzy: 0 |
| LOT do Polski
Dodał: Pawel
|
|
Alina i Jacek są już w samolocie lecącym do Paryża, powinni tam wylądować za ok. cztery godziny (o 9:09 rano we wtorek) według aktualizacji przebiegu lotu na stronie Air France. W Polsce wylądują ok. 14:30.
|
| Wtorek 2 Wrzesnia 2008
|
Komentarzy: 0 |
| 17-18.08
Dodał: Alina
|
17.08 Rano obudziliśmy się w iście księżycowej scenerii, wśród czerwonych skał, z widokiem na rzekę Kolorado. Po śniadanku połączonym z napawaniem się pięknymi widokami podjechaliśmy przejść się po Navajo Bridge a następnie złapaliśmy internet pod pobliskim motelem i zrobiliśmy małe zakupy. Po dłuższej przerwie ruszyliśmy do Parku Narodowego Zion. Jak powiedział nam jeden z turystów w Kanionie – park ten jest ciekawszy od wielu innych, bardziej znanych. Miał rację. Zaraz za wjazdem pojawiły się przy drodze niesamowite skały z piaskowca, ukształtowane przez wiatr i wodę w fantastyczne kształty. Kolejną atrakcją po drodze był bardzo długi tunel z kilkoma „oknami” wychodzącymi na położoną poniżej dolinę. Powstał on w latach 30-tych i przystosowany był do wymiarów samochodów z tamtych czasów. Aktualnie w przypadku przejazdu kampera ruch z przeciwnej strony jest wstrzymywany, gdyż byłby problem z mijaniem się samochodów (szczególnie na zakrętach wewnątrz tunelu). Kręta droga za tunelem poprowadziła nas w dół doliny, którą dojechaliśmy do centrum turystycznego parku. Główny budynek był bardzo ciekawy ze względu na wykorzystane rozwiązania architektoniczne. Na dachu zamontowane były specjalne czarne zbiorniki z wodą. Padające na nie promienie słoneczne ogrzewały wodę, która wykorzystywana jest następnie w łazienkach, a schłodzone powietrze spływa w dół do pomieszczenia i zastępowało klimatyzacje (całkiem skutecznie zresztą). Ponieważ do głównej doliny udostępnionej dla turystów nie ma wjazdu dla prywatnych samochodów (została zamknięta kilkanaście lat temu ze względu na gigantyczne korki), zostawiliśmy auto na parkingu i wsiedliśmy do jednego z parkowych autobusów (tzw. shuttle), które kursują co ok.10 min i zawożą turystów w głąb doliny. Przejazd całej pętelki trwa około 90 min. Ponieważ nie mieliśmy niestety zbyt dużo czasu (planowaliśmy na wieczór dojechać w pobliże Bryce National Park, naszego kolejnego celu) ograniczyliśmy się do przejazdu tą właśnie trasą. Po drodze usłyszeliśmy wiele ciekawych informacji na temat tego miejsca. Podobno ciągle zachodzą tu niezwykle dynamiczne zmiany, a szczególnie dają się we znaki osuwiska. Ciekawostką jest to, iż kilka tysięcy lat temu część dna doliny pokrywało jezioro powstałe na skutek olbrzymiego osunięcia terenu, blokującego odpływ wód. Jezioro w końcu przełamało barierę i znikło, ale pozostałością po nim są żyzne osady na dnie doliny pozwalające obecnie na niezwykle bujny rozwój roślinności. Kilka (naście?) lat temu natomiast olbrzymie osuwisko zasypało koryto płynącego doliną strumienia, który z kolei całkowicie zniszczył drogę prowadzącą w głąb doliny. Stało się to w ciągu jednej nocy i zanim ktokolwiek zorientował się, co się dzieje, znajdujący się w głębi doliny hotel pełen turystów został odcięty od świata na kilka tygodni... Nam jednak udało się szczęśliwie wrócić z wycieczki i ruszyliśmy dalej w kierunku Bryce National Park, gdzie dojechaliśmy akurat na zachód słońca. Widok przywitał nas na prawdę niezwykły – według indiańskich wierzeń są to ludzie zamienieni w kamienie przez boga-Kojota. Ponieważ musieliśmy znaleźć jeszcze miejsce na campingu, pozostawiliśmy dalsze napawanie się pomarańczowo - czerwonymi skałami na dzień następny. Rozbiliśmy namioty, zjedliśmy zupki Cambella z puszki (podgrzane w naszym garnku-czajniku podłączonym w toalecie) i poszliśmy spać.
18.08 Po porannym śniadaniu i obserwacji sarenek - mulaków, które pasły się tuż za naszym namiotem ruszyliśmy w dół kanionu Bryce. Mimo swej nazwy nie przypominało to kanionu a raczej labirynt pośród wysokich ścian i szpiczastych skał o niezwykle żywych kolorach. Zeszliśmy z tarasu widokowego i przeszliśmy się dwoma krótkimi trasami (Navajo Loop i Queen Garden Loop) co zajęło nam około 1,5h. Krajobraz niezwykły i chodziliśmy jak zaczarowani, zapatrzeni na te niesamowite skały. Musieliśmy jednak jechać dalej, więc po zrobieniu ostatnich pamiątkowych zdjęć i zjedzeniu kanapek w Subway’u ruszyliśmy (zataczając szeroki łuk) w kierunku Monument Valley. Trasa była dość długa, ale krajobrazy księżycowe. Paweł stwierdził, że to na pewno gdzieś tam kręcono lądowanie amerykanów na księżycu ;) Po drodze przejechaliśmy przez fragment Capitol Reef National Park i zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym przy Glen Canion National Recreation Area. Na zachód słońca dojechaliśmy do Natural Bridges National Monumnt, gdzie znajdują się jedne z największych naturalnych skalnych mostów na świecie. Ponieważ okolica była niezwykle malownicza i niezbyt zatłoczona, postanowiliśmy zostać na parkowym kempingu. Na szczęście znalazło się dla nas miejsce (kamping liczy sobie tylko 13 miejsc). Wieczorkiem Paweł z narażeniem życia zagotował wodę pod drzwiami Visitor Center, gdzie znajdował się kontakt. Dzień zakończyliśmy zupką.
|
| Czwartek 28 Sierpnia 2008
|
Komentarzy: 0 |
| Znów w Chicago
Dodał: Alina
|
Po ok. 12500 km dojechaliśmy dziś wieczorem do Chicago, miejsca skąd wyruszyliśmy w trasę 5 tygodni temu. Idziemy spać. Prosimy nie przeszkadzać ;)
Ps. Planowane lądowanie w Polsce - po południu 2 września
|
| Niedziela 24 Sierpnia 2008
|
Komentarzy: 1 |
| 14-16.08
Dodał: Alina
|
14.08 Po porannej pobudce, która ze względu na przespane popołudnie dnia poprzedniego, nie była zbyt trudna, szybko się spakowaliśmy i ruszyliśmy w kierunku naszego drugiego miejsca noclegowego – Indian Garden (Indiański Ogród). W pierwszych promieniach słońca przeszliśmy drugim mostem nad rzeką Kolorado a następnie (zmagając się z zakwasami w łydkach) ruszyliśmy szlakiem wzdłuż jej brzegu. Po krótkiej wędrówce okazało się, że jeden z moich butków nie przeżył zejścia w takiej temperaturze i odkleiło mu się 3 podeszwy (trzymała się tylko na czubku buta). Specjalnie się tym nie przejęłam, gdyż moje terenowe buty przyjechały do USA na zasłużoną emeryturę i miały już tu zostać. Ale klapiąca podeszwa trochę przeszkadzała w chodzeniu... Trzeba było coś wymyślić... No i opracowany został nowy system mocowania podeszwy do buta za pomocą dodatkowego sznurowadła przewleczonego przez otwory (wykonane przez Jacka za pomocą korkociągu) w tylnej części podeszwy ;) Konstrukcja sprawdziła się doskonale – but jak nowy, dzielnie służył mi aż do wyjścia z Kanionu. :D Po tej krótkiej przerwie technicznej ruszyliśmy dalej i po chwili szlak opuścił brzeg Kolorado i ruszył w górę. Szliśmy wąską doliną – kanionem wyciętą w skale przez niewielki potoczek. Mimo miejscami stromego podejścia szlak był zdecydowanie przyjemniejszy niż zejście dnia poprzedniego – było sporo cienia oraz dość często tuż przy szlaku płynęła woda. Około godziny 10.00 rano doszliśmy do naszego celu – Indian Garden. Miejsce całkowicie zasługuje na swoją nazwę – jest to prawdziwa oaza drzew, zieleni i cienia oraz wszelkiego życia. Położone jest na wypłaszczeniu Kanionu, w pobliżu potoku. Znaleźliśmy doskonałe, zacienione miejsce na rozbicie namiotu i zabraliśmy się za zasłużone drugie śniadanie. Temperatura systematycznie rosła (choć było zauważalnie chłodniej niż na samym dnie Kanionu – max zanotowaliśmy około 36 stopni C w cieniu) i w niedługim czasie jedyną czynnością, jaką można było wykonywać było drzemanie w cieniu drzew z przerwami na wizytę przy kranie z zimną wodą. Resztę dnia spędziliśmy na spaniu, jedzeniu oraz obserwacji niezwykle towarzyskich wiewiórek oraz małych ptaszków z wyglądu podobnych nieco do wróbli, które w poszukiwaniu jedzenia zaglądały nam do talerzy (nie mówiąc już o namiotach, plecakach, torbach itp.). Pod wieczór temperatura zaczęła trochę spadać a mi znudziło się już całodzienne lenistwo. Postanowiłam, więc wybrać się na punkt widokowy położony w odległości 1,5 mili od obozu. Panowie niestety całkiem się rozleniwili i nie dali się namówić na podziwianie zachodu słońca nad Kanionem. Poszłam więc sama. Widoki przepiękne, a do tego niesamowita cisza. Po drodze spotkałam jeszcze dwa małe mulaki, które ganiały się po łące (ang. mule deer, kopytne, podobne do sarny ale trochę większe, z ogromnymi uszami – młody mulak był prototypem jelonka Bambi, Disneya) oraz mnóstwo jaszczurek, a po zachodzie słońca – nietoperze, które polowały w pobliżu strumienia. Po moim powrocie zjedliśmy kolację i poszliśmy spać.
15.08 Ponieważ czekało nas spore podejście i to najbardziej strome na końcu postanowiliśmy wyruszyć po południu, żeby uniknąć podchodzenia końcówki w przedpołudniowym słońcu. Całe przedpołudnie spędziliśmy, zatem podobnie jak dzień poprzedni na spaniu, przygotowywaniu jedzenia, jedzeniu, i obserwacji niezwykle licznej fauny wokół. Wyruszyliśmy w drogę koło godziny 16.00, gdy słońce zaczęło pomału chować się za górę i większość naszej trasy była już w cieniu. Okazało się to trafioną decyzją, gdyż w miarę upływu czasu robiło się coraz przyjemniej i szło się całkiem dobrze. Do tego zbierały się chmury i słońce nie żarzyło jak poprzedniego dnia. Po drodze były dwa miejsca, gdzie można było nabrać wody i schronić się w niewielkich domkach – wiatach (tzw. resthouse). „Źródełka” okazały się być kranikami, w których woda pochodziła z historycznego wodociągu, który dawniej doprowadzał wodę z dołu Kanionu na górę. Idąc wypatrywaliśmy kondorów (podobno najłatwiej je spotkać w tej dolinie), ale jak na złość wszystkie się pochowały. Po zachodzie słońca zerwał się silny wiatr, który z jednej strony przyjemnie chłodził, ale z drugiej podnosił tumany pyłu ze ścieżki, który wciskał się we wszelkie otwory i po krótkim czasie czuliśmy go już nawet w między zębami. Na szczęście w niedługim czasie przeszliśmy na bardziej osłoniętą od wiatru część zbocza. Na samą górę dotarliśmy około 21.00. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy było udanie się pod prysznic (płatny 2$ za 8 minut) a następnie czyści i przebrani ruszyliśmy na kolację do Mc Donalda. Ostatnim punktem dnia było znalezienie miejsca na kempingu. Ponieważ w obrębie parku wszystko było zajęte, pojechaliśmy na kemping, na którym spaliśmy przed wjazdem do parku. Tak jak Jacek wspominał we wcześniejszym wpisie – nie była to spokojna noc. Już po drodze widać było w oddali błyskawice i burzę (zbierało się zresztą cały ... [Czytaj dalej]
|
| Sobota 23 Sierpnia 2008
|
Komentarzy: 1 |
| 13.08 - Pierwszy dzień w Kanionie
Dodał: Pawel
|
|
O 4:00 rozległ się dzwonek budzika (telefonu Pawła). Pod wpływem emocji, wstaliśmy w miarę sprawnie. Szybkie dopakowanie, zwijanie namiotów, mycie i do auta. Tuż przed piątą zajechaliśmy na parking wyżej wspomnianego Backcountry Office, by zostawić tam auto na najbliższe trzy dni i załapać się na autobus dowożący na początek szlaku. Niecałe pół godziny później zaczął się marsz w dół. Droga, z jednej strony łatwa, ponieważ mogą schodzić nią konie, czy muły (którymi park robi bardzo kosztowne wyprawy po kanionie). Z drugiej jednak bardzo nierówna, często występowały nierówne schody z kamieni i pali drewna, co utrudniało chodzenie, a poza tym bardzo się dookoła kurzyło. Schodzenie za to umilały nam niesamowite widoki, którym zrobiliśmy dziesiątki (jeśli nie setki) zdjęć. Dla urozmaicenia po drodze spotkaliśmy dwoje turystów z Polski, którzy jednak szybko wyprzedzili nas, bo mieli zaplanowane więcej do przejścia a nam też się nie śpieszyliśmy zbytnio. Gdy upał już coraz bardziej doskwierał, a wielogodzinne zejście stało się męczące, naszym oczom ukazał się tunel (rzecz z rzadka spotykana na szlakach), następnie długi most nad rzeką Colorado. Jeszcze jedna prosta i wylądowaliśmy na plaży. Tutaj tylko zamoczyliśmy nogi, chwile odpoczęliśmy i udaliśmy się na kemping. Na kempingu zostawiliśmy rzeczy, i zmęczoną Alinkę, i poszliśmy z Jackiem na mroźną lemoniadę (którą oczywiście donieśliśmy zaraz Alinie). Następnie uzbrojeni w stroje kąpielowe udaliśmy się do przebiegającego wzdłuż kempingu zimnego strumienia – NIEBO! Tam posiedzieliśmy, umyliśmy się, popływaliśmy i w końcu na brzegu (a ja na kamieniach na płyciźnie strumienia) usnęliśmy. I tak do wieczora, by po zmroku zjeść zupkę i puree. Gdy Alina i Jacek poszli spać, ja poszedłem na wykład o kondorach kalifornijskich, bardzo ciekawy, lecz najciekawsze było po - mianowicie zabawa w łowców skorpionów. Strażniczka Parkowa i 4 śmiałków w tym Paweł :) uzbrojeni w latarki ultrafioletowe, poszliśmy szukać skorpionów. Skorpiony świecą pod wpływem ultrafioletu, i na dole kanionu są tak popularne, że wypatrzenie pierwszych nie zajęło więcej niż 2 minuty. Zrobiłem im kilka fotek oraz wysłuchałem podstawowych informacji o tych jakże miłych zwierzątkach (m.in. że małe skorpiony, takie jak w Dolinie Śmierci gdzie jeden mi chodził po nodze, są wiele niebezpieczniejsze niż te większe w kanionie). No, ale mnie też sen zmorzył i udałem się do namiotu by nastawić budzik znów na 4:00 i usnąć.
|
| Piątek 22 Sierpnia 2008
|
Komentarzy: 0 |
| 12.08
Dodał: Pawel
|
Budząc się u bram Paku Narodowego Wielki Kanion, z rana ruszyliśmy go obejrzeć. Szybko zdobyliśmy podstawowe informacje w Centrum Turystycznym, na temat sporego miasteczka, jak i otaczającej nas przyrody i wiedząc że zostaniemy tu nieco dłużej, zajęliśmy się szukaniem kempingu. Ten udało się znaleźć szybko i w dobrej cenie (15$). Całą wyprawę planowaliśmy jednak pod kontem zejścia do Wielkiego Kanionu. Z zaczerpniętych wcześniej informacji, wiedzieliśmy że „jest to bardzo trudne”, oraz wymagane jest zezwolenie, które trzeba zarezerwować kilka miesięcy wcześniej, lub spróbować zdobyć takowe w ostatniej chwili. My liczyliśmy na tę drugą opcje. Z tego powodu po rozstawieniu namiotów od razu udaliśmy się to tzw. Backcountry Office. I tu przyjemną niespodzianką okazało się, że z racji ciepłych miesięcy, dostaliśmy zezwolenia (włączające rezerwacje kempingów na dole kanionu) od ręki po uiszczeniu opłaty (za 3 osoby na 2 noce) 40$. Po podpisaniu regulaminu, i zebraniu informacji i rad, udaliśmy się do sklepu. Tam zostawiliśmy kolejne 65$ na pożywienie, przekąski, napoje i wszelkie inne produkty, konieczne do przeżycia w kanionie. Dnia wiele nie pozostało, bo trzeba było się przygotować, spakować i położyć wcześnie spać, bo pobudka wczesna!
|
| Czwartek 21 Sierpnia 2008
|
Komentarzy: 1 |
| 11.08
Dodał: Jacek
|
Po trzech dniach mieszkania w jednym motelu, ranek rozpoczęliśmy od opanowania naszego dobytku rozsypanego przez ostatnie dni w motelowym pokoju i upychania go do auta (nie było to łatwe zadanie). Głównym celem tego dnia była zapora Hoovera. Zwiedzanie zapory rozpoczęliśmy od przejścia po jej koronie – robi wrażenie, solidny kawał betonu wmontowany między skalne ściany. Zapora posiada centrum turystyczne, do którego dostaliśmy się po odprawie przypominającej odprawę na lotnisku przed odlotem (przejście przez bramkę wykrywającą metale, prześwietlenie drobiazgów osobistych i sprawdzenie wnoszonych płynów). Następnie wykupiliśmy wycieczkę do wnętrza zapory w pełnej opcji (niestety droga – 30$ od osoby, na osłodę otrzymaliśmy żółty kask na głowę). Zwiedzanie zaczęło się filmem, a potem zjazd windą do wnętrza zapory :). Po dłuższej jeździe dojeżdżamy do chodnika wykutego w skale, wędrujemy nim do hali, w której znajduje się jedna z czterech rur, którą płynie rzeka Colorado (czuć siłę rzeki, musi być solidnie wkurzona, że została zamknięta tamą i wpuszczona w rury). Dalej sztolnią przechodzimy do ogromnej hali, w której znajdują się generatory (czuje się, że powietrze jest silnie zjonizowane). Dalej wędrujemy betonowymi korytarzami wewnątrz zapory, najciekawszym momentem jest wyjrzenie przez jeden z szybów wentylacyjnych w ścianie zapory (tam też robiliśmy kilka zdjęć a Paweł nakręcił krótki film). Jedną z ciekawostek zapory Hoovera jest to, że została zbudowana z siedemdziesięciokrotnym zapasem wytrzymałości – konstruktorzy nie wiedzieli dokładnie jak silne mogą wystąpić w przyszłości trzęsienia ziemi, dlatego zdecydowano o tak nadmiarowej konstrukcji. Jeszcze kilka rzutów oka (i zdjęć) na zaporę i ruszyliśmy dalej. W czasie drogi przypadkiem zjechaliśmy z głównej trasy i dojechaliśmy do indiańskiego miasteczka (niestety nie zrobiło ono pozytywnego wrażenia). Niedługo później zaczął dopadać nas głód – ogólnie mieliśmy już przesyt McDonald dlatego ucieszyła nas bardzo informacja na GPS że w pobliży jest PizzHut. Zamówiliśmy pokaźnych rozmiarów pizze, która znikła w mgnieniu oka. Mimo, że było już dość późno postanowiliśmy dalej kontynuować drogę do Wielkiego Kanionu. Dojechaliśmy do miasteczka tuż przed wjazdem do Wielkiego Kanionu (udało nam się jeszcze zalogować się do Internetu). Dzień zakończyliśmy poszukiwaniem wolnego miejsca na campingu nieopodal wjazdu do Parku Narodowego Wielkiego Kanionu. Noc przebiegła spokojnie ale jak się okaże za kilka dni jeszcze trafimy na ten sam camping i noc nie będzie spokojna :)
|
| Czwartek 21 Sierpnia 2008
|
Komentarzy: 2 |
| Las Vegas - Miasto Grzechu
Dodał: Pawel
|
09.08 New York, New York - może się wydawać dziwne, że opisując Las Vegas zaczynam od Nowego Jorku, ale to był nasz pierwszy punkt tego dnia. Mianowicie kasyna w Las Vegas swoją architekturą, wykończeniem i atmosferą nawiązują najczęściej do miast z różnych części świata. Pisząc kasyna używam pewnego skrótu, bo w „Mega” Budowlach poza najważniejszymi kasynami są centra handlowe, restauracje, bary, centra konferencyjne, baseny, parkingi, no i ogromne hotele z wieloma tysiącami pokoi! Nowy Jork oczywiście w centralnej części ma Statuę Wolności, Empire State Building, Brooklin Bridge oraz inne charakterystyczne budowle, wszystko zaś oplecione roller coasterem, zawiłym jak uliczki Nowego Jorku, po którym oczywiście jeździły wagoniki na wzór charakterystycznej żółtej taksówki. Niema co ukrywać, była to dla mnie i dla Jacka pierwsza atrakcja do zaliczenia. ODJAZD :) Dalej pograliśmy w kasynie, na początku dobra rozrywka, każdy z nas przeznaczył sobie jakąś sumkę do przegrania i trzymaliśmy się tego. Tym bardziej, że można było grać po 1 cencie (2 grosze) więc nie jest to jakiś majątek. Po Nowym Yorku obeszliśmy kolejne kasyna; MGM Studio, wielkie kasyno wytwórni filmowej (tej, przed której filmami ryczy lew), przed kasynem wielki złoty lew, a w środku ogromna przeszklona klatka z prawdziwą parką lwów. Następnie Excalibur, na wzór bajkowych zamków Króla Artura, i Luxor na wzór Starożytnego Egiptu. Przed wejściem sfinks (oryginalnych rozmiarów tylko w lepszym stanie), całe kasyno to wielka piramida, w środku rzeźby egipskie, a na ścianach hieroglify. Poza tym ku uciesze męskiej części załogi pokaz motocykli (w tym OCC). Po tych kilku kasynach i ich atrakcjach pojechaliśmy do motelu by chwilę odpocząć i przebrać się. W końcu weekendowy wieczór w Las Vegas, a to zobowiązuje. Znowu wielkie kasyna: Paris, przed którym stoi wieża Eifla w skali 1:3 (?), w środku romantyczne uliczki, fontanny, restauracje i znane budowle rodem z Paryża. Nad tym wszystkim sztuczne niebo, niebieskie z chmurkami, by czuć się jak na prawdziwej uliczce Paryża, ale by zapomnieć o czasie, oraz by temperatura nie przeszkadzał, bo na zewnątrz ponad 40*C. Kolejne kasyna, które obejrzeliśmy to Bally’s (należący do sieci siłowni), Flamingo (w którego ogrodach i basenach są prawdziwe flamingi i inne egzotyczne ptaki) i Imperial Palace (na wzór Pałacu Imperiałów z Japonii). Tym sposobem niemal nad ranem wróciliśmy do motelu.
10.08 Ten dzień zaczęliśmy znów od męskiej przyjemności mianowicie strzelnicy. W Stanach prawo dotyczące broni jest bardziej liberalne, i jak nigdzie w Europie mogliśmy postrzelać z broni automatycznej. Ubrani w okulary ochronne, słuchawki oraz podpisując umowę, że nawet za ewentualny postrzał nikt nie bierze odpowiedzialności, poszliśmy za kilku centymetrową szybę strzelnicy. Jacek wyposażony w M-16 (standartowy karabin armii amerykańskiej), ja w słynne rosyjskie AK 47 (czyli potocznie Kałasznikow, niegdyś używany przez wojska Układu Warszawskiego, obecnie ulubiona broń terrorystów). Każdy dwa magazynki, i tarcza, tu okazało się, że rzeczywistość jest inna niż filmy i gry, i nie łatwo się strzela z takiej broni (szczególnie z AK 47, który ma taki odrzut, że trzeci strzał idzie już po suficie). Poza tym dopiero jak się weźmie takie potężne narzędzie do zabijania w rękę to dopiero człowiek sobie zdaje sprawę jak naprawdę musi być ciężka praca żołnierza i co znaczy pociągnąć za spust do czegoś żywego. Dwa magazynki szybko się skończyły, zostały tylko podziurawione tarcze i emocje. No, ale by nie zanudzić Aliny poszliśmy teraz do najnowszego, najsłynniejszego, największego i wybudowanego za bagatela 2,5 miliarda dolarów kasyna Venetian (czyli Wenecja). W Venetian, podobnie jak w innych kasynach, pod sztucznym dachem, znajdują się uliczki na styl tematu głównego, tu jednak całe kasyno, wraz z centrami handlowymi, centrum hotelowym, konferencyjnym i teatrem oplecione jest kanałami wodnymi, na których pływają gondole z śpiewającymi włoskie pieśni gondolierami. W centralnej części budynku plac Świętego Marka, z kawiarenkami, restauracyjkami, i podestem gdzie śpiewacy operowi wykonywali Ducha w Operze. Co tu dużo pisać, pięknie, zapomina się o rzeczywistości i miejscu gdzie się rzeczywiście jest, i przenosi się w inny świat. Tutaj oczywiście jak w każdym kasynie chwile pograliśmy. Jacek tym razem został mianowany na kierowcę, a Alina i ja pozwoliliśmy sobie na Tequile z limonką. Dalej poszliśmy zwiedzać Treasure Island (Wyspa Skarbów). Spodziewać by się mogło piratów palm i amazonek, i by się miało rację. Trafiliśmy na przedstawienie przed budynkiem, gdzie do wioski i statku amazonek podpłynął (płynąc nawet dłuższy odcinek) ogromny statek piratów. Przedstawienie w skrócie prezentowało niesamowite pokazy sztucznych ogni, ognia samego w sobie, pięknych dziewczyn, podobno fajnych chłopaków i śpiewu. Kolejnym zwiedzanym kasynem było Wynn, gdzie można było odwiedzić salon Ferrari, który niestety był zamknięty, nas... [Czytaj dalej]
|
| Niedziela 17 Sierpnia 2008
|
Komentarzy: 3 |
| W drodze
Dodał: Alina
|
|
Dziś wyjechaliśmy z Wielkiego Kanionu. Wyprawa w dół do rzeki Colorado zakończona sukcesem :) Ruszamy dalej na bezdroża stanu Utah.
|
| Niedziela 17 Sierpnia 2008
|
Komentarzy: 1 |
| W drodze do Wielkiego Kanionu
Dodał: Alina
|
O pobycie w Las Vegas (9-10.08) napiszemy następnym razem.
Dziś po porannych porządkach w samochodzie oraz naszych garderobach ruszyliśmy na śniadanko do Subwaya a następnie w drogę do Wielkiego Kanionu. Po drodze zatrzymaliśmy się przy zaporze Hoovera. Obejrzeliśmy sobie to cudo ze wszystkich stron, również od środka (trafiliśmy na ostatnią wycieczkę tego dnia) i pojechaliśmy dalej. Właśnie dojechaliśmy do Wielkiego Kanionu i to jest prawdopodobnie ostatni nasz internet. Następne połączenie pewnie dopiero za kilka dni. Z góry przepraszamy za dłuższą przerwę w dostawie informacji.
|
| Wtorek 12 Sierpnia 2008
|
Komentarzy: 2 |
| uzupełnień ciąg dalszy
Dodał: Alina
|
6.08 Rano największą furorę zrobił goffer (taki gryzoń, wielkości świnki morskiej, żyjący w norach), który zaczął wykopywać sobie domek pod Pawła namiotem i zupełnie nie bał się ludzi. Po wykonaniu sesji fotograficznej i filmu zwierzakowi ruszyliśmy w drogę jedną z bardziej znanych dróg w USA (a podobno i na świecie) drogą „California no 1” biegnącą wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Po drodze podjechaliśmy jeszcze na chwilę pod latarnię morską. Co prawda nie można było wejść na górę, ale położona była ona na cyplu skąd roztaczał się piękny widok na wybrzeże. Na skałach wygrzewały się foki, które ze względu na kamuflujące ubarwienie dostrzegliśmy dopiero po dłuższym czasie, mimo, że nie były wcale daleko. Po krótkim spacerku wzdłuż urwistego wybrzeża ruszyliśmy dalej na południe. Naszym kolejnym większym celem była Death Valley. Po drodze znaleźliśmy niewielką plażę, na której postanowiliśmy w końcu zamoczyć nogi w oceanie. Okazał się on jeszcze zimniejszy niż przypuszczaliśmy, bo mroziło aż do bólu. Tylko mewy i pelikany się tym nie przejmowały. Po dłuższej przerwie nad oceanem ruszyliśmy dalej powoli rozglądając się za jakimś spaniem. Niestety wszystkie campingi były pełne i ostatecznie trafiliśmy na noc do motelu i to z basenem (z którego skorzystał Paweł). Zanim jednak tam dojechaliśmy, zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie na plaży wylegiwały się olbrzymie słonie morskie. Można było do nich podejść na odległość kilku metrów! Wrażenie niesamowite, wielkie zwierzęta, do tej pory tylko widzieliśmy je na filmach, bo nawet w zoo nie występują, i jeszcze ich odgłosy.
7.08 Po krótkim odcinku wzdłuż wybrzeża odbijamy drogą na wschód, prosto do Death Valley. Po drodze zatrzymujemy się w jednej z mijanych winnic na degustację wina, co zajmuje nam trochę czasu. Jako kierowca na dalszej trasie tego dnia wybrany zostaje Paweł i pozostaje mu tylko wąchanie tego, co nalewane jest do kieliszków. Ja z Jackiem zdegustowaliśmy osiem różnych win, po czym wybraliśmy jedno z nich, które zostało kupione. Po chwili sjesty w cieniu winorośli ruszyliśmy dalej, zatrzymując się po drodze już tylko na tankowanie i jedzenie. W okolice Death Valley dotarliśmy o zachodzie słońca, więc zastały nas niesamowite widoki. Temperatura zresztą też! Z klimatyzowanego samochodu wysiadało się jak do piekarnika z nawiewem. Około godziny po zachodzie słońca wysiedliśmy w centrum turystycznym w centrum Death Valley a nasz termometr pokazywał 42.5 stopnia C. Do tego wiał bardzo silny, gorący wiatr. Ponieważ okazało się, że nie ma miejsc w motelu, a w okolicy niema kempingu z racji braku jakiegokolwiek cienia ruszyliśmy dalej. Po jakiś 30 minutach znaleźliśmy olbrzymi kemping, na którym były dużo wolnego miejsca. Poza nami nocowało tam tylko kilku śmiałków. Po rozbici obozowiska, Pawła wystraszył skorpion chodzący po nodze, całe szczęście był on jeszcze raczej młody, ale i tak spotkanie było bynajmniej zaskakujące.
8.08 Trzeba powiedzieć, ze noc była gorąca, dosłownie. Najniższa temperatura, jaką zanotowaliśmy (przed świtem) wynosiła 33,6 stopnia C. Za bardzo się nie wyspaliśmy, ale za to mieliśmy bliskie spotkanie z kukawką amerykańską (ang. roadrunner) znaną w Polsce z kreskówek jako struś pędziwiatr. Trzeba przyznać, że ptaszysko urocze ;) Po błyskawicznym pakowaniu w pierwszych promieniach słońca (temperatura zaczęła rosnąć bardzo szybko) pojechaliśmy do pobliskiego Visitor Center. Ponieważ jednak było bardzo wcześnie i wszystko było jeszcze zamknięte, pojechaliśmy do Scotty’s Castle. Jest to wspaniała rezydencja zbudowana w latach 20-tych XX w. na środku pustyni przez bogatego inżyniera z Chicago, który zawsze chciał być kowbojem. Miejsce wygląda niesamowicie – oaza wody i zarazem luksusu na środku pustyni. Historia tego rancza jest niezwykle ciekawa, o czym się dowiedzieliśmy na godzinnej wycieczce z przewodnikiem. Przed tym jednak ucięliśmy sobie półtora godzinną drzemkę w cieniu palm, a następnie zjedliśmy śniadanie. Dalej ruszyliśmy do punktu turystycznego w centrum doliny, który okazał się sporym miasteczkiem z hotelami, motelami, sklepami, kawiarniami i restauracjami. Spożyliśmy tam obiad a następnie pojechaliśmy dalej zwiedzać Death Valley. Odbyliśmy krótki, 15 minutowy spacer, aby zobaczyć słone źródła (które okazały się oczywiście wyschnięte) i już po paru chwilach mieliśmy dosyć tak długich wycieczek poza klimatyzowany samochód. Temperatura na naszym podróżnym termometrze wynosiła 47 stopni C. Wysiedliśmy jeszcze tylko raz, aby zrobić sobie zdjęcie w najgłębszej depresji na kontynencie Ameryki Północnej (pokrytej słoną pustynią) zwanej Badwater (- 85,5 m) i resztę krajobrazów (niezwykle kolorowych) podziwialiśmy już przez szybę auta. Po przejechaniu doliny ruszyliśmy w kierunku Las Vegas, gdzie dojechaliśmy na wieczór. Udało nam się nawet dość szybko znaleźć stosunkowo tani motel, położony blisko centrum. Przespaliśmy w nim 3 kolejne noce.
Aktualizacja tekstu (12.08)
|
| Wtorek 12 Sierpnia 2008
|
Komentarzy: 0 |
| Uzupełnienie zaległości ;)
Dodał: Alina
|
3.08 Po grillu i szybkim pakowaniu, ruszyliśmy w drogę do San Francisco! Po drodze mijaliśmy złote wzgórza Kalifornii, które swój kolor dojrzałego zboża zawdzięczają zeschniętym trawom. Za to na wzgórzach rozciągały się olbrzymie plantacje dużych i małych wiatraków. Wczesnym popołudniem dojechaliśmy do San Francisco. Wjechaliśmy do niego olbrzymim mostem Bay Bridge i ruszyliśmy prosto na Golden Gate. Nie było to jednak takie proste, gdyż ulice San Francisco okazały się dużo bardziej strome i poplątane niż na jakimkolwiek filmie! Podczas zjazdów ze wzniesień nie było widać drogi przed samochodem... Autko jednak sprawdził się doskonale i dobrze bawiliśmy się jeżdżąc po uliczkach o nachyleniu sięgającym 41 stopni. Po przejechaniu mostu Golden Gate trafiliśmy do Centrum Turystycznego w parku narodowym. Po zapoznaniu się z warunkami pobliskiego hostelu (w którym nie było niestety wolnych miejsc) ruszyliśmy powrotem do centrum w poszukiwaniu noclegu. Po odwiedzinach w motelu prowadzonego przez hindusa, który „oczywiście miał dziewczynę z Polski” i w związku z tym oferował nam „okazyjne ceny” (jednak cena nadal była mało okazyjna) ruszyliśmy dalej. Postanowiliśmy objechać najpierw miasto a następnie poszukać tańszego noclegu gdzieś dalej przy autostradzie na wylocie z miasta. Trafiliśmy m.in. na najbardziej zakręconą ulicę świata (do przejechania której trzeba było odczekać kilkadziesiąt minut w kolejce samochodów). W poszukiwaniu stacji benzynowej trafiliśmy do "złej" dzielnicy pełnej bezdomnych, narkomanów i wszelkiej maści dziwaków (warszawska Praga wydaje się przy tym oazą spokoju i kultury). Po szybkim tankowaniu zbiegliśmy do "lepszej" części miasta a następnie ruszyliśmy w kierunku Berkley w poszukiwaniu miejsca do spania. Ostatecznie zatrzymaliśmy się w motelu prowadzonego również przez hindusa (tym razem udało nam się wytargować dobrą cenę). Wieczorem Paweł z Jackiem udali się jeszcze pozwiedzać Uniwersytet w Berkley, ja natomiast pierwszy raz od wielu dni postanowiłam pławić się w łazience ;) Podobno, mimo późnych godzin wieczornych Uniwersytet tętnił życiem (światła w oknach, studenci chodzący po ulicach, grający na boiskach i otwarte wszelkie budynki jak i drobne usługi).
4.08 Z samego rana ruszyliśmy zwiedzać San Francisco. Samochód zaparkowaliśmy na jednym z prywatnych parkingów w centrum miasta i dalej ruszyliśmy pieszo. Pierwszym z punktów była Coit Tower - wieża wybudowana w 1933 roku w jednym z wyższych punktów miasta (Telegraph Hill), z której roztacza się piękna panorama na całe San Francisco. Następnie udaliśmy się w kierunku nabrzeża zwiedzając po drodze urocze małe uliczki, składające się głównie z drewnianych schodów i otaczających je prywatnych ogródków. Pozostałą część dnia spędziliśmy głównie przechadzając się po tętniącym życiem porcie. Obejrzeliśmy m.in. muzeum starych automatów do gier, gdzie można było uruchomić różne "maszyny rozrywkowe" z początku wieku XX, stado niezwykle hałaśliwych lwów morskich wylegujące się na pomostach, zwiedziliśmy amerykańską łódź podwodną oraz olbrzymi statek transportowy marynarki wojennej. Chcieliśmy wybrać się również na wycieczkę do Alcatraz, ale niestety bilety wyprzedane były na kilka dni do przodu. Toteż zjedliśmy w celach badawczych miseczkę morskich "owoców" w panierce. Następnie stanieliśmy w długiej kolejce do Cable Car (charakterystyczny szynowo-linowy tramwaj, przystosowany do pokonywania tutejszych wzniesień). Udało nam się kupić bilety od "konika" (miłego Pana, który zrezygnował z przejazdu, i odsprzedał nam 3 bilety w cenie dwóch). Po długim oczekiwaniu wsiedliśmy do tramwaju i ruszyliśmy w trasę (tak jak w dawnych czasach w wagonikach były również miejsca stojące (a raczej wiszące) na zewnątrz, z których wszyscy chętnie korzystali. Po dojechaniu do końca trasy ruszyliśmy dalej przez miasto w poszukiwaniu naszego samochodu. Zwiedziliśmy po drodze centrum oraz Chinatown. Wieczorem ruszyliśmy w kierunku Doliny Krzemowej szukając po drodze miejsca do spania. Trafiliśmy w końcu do motelu (prowadzonego oczywiście również przez hindusa) położonego kilka minut drogi od Uniwersytetu Stanforda.
5.08 Dzień rozpoczęliśmy dość późno i leniwie. Paweł wybrał się z rana do fryzjera a pierwszym wspólnym punktem programu była publiczna pralnia (wynalazek bardzo użyteczny, niestety w Polsce nieznany), gdzie zapuściliśmy trzy pralki z naszymi rzeczami. Po praniu udaliśmy się na przejażdżkę po Dolinie Krzemowej, gdzie pierwszym naszym celem była siedziba Googla (która raczej przypomniała dość dużych rozmiarów osiedle). Firma ta jednak nie była specjalnie przyjaźnie nastawiona do turystów, gdyż nie posiadała żadnej części, którą można by zwiedzić, a po krótkim czasie dało się wyczuć wzmożoną aktywność ochrony. Postanowiliśmy w związku z tym jej nie drażnić i pojechaliśmy dalej. Następnym celem był Uniwersytet Stanforda, który był znacznie bardziej przyjazny - udało nam się nawet trafić na wycieczkę z przewod... [Czytaj dalej]
|
| Niedziela 10 Sierpnia 2008
|
Komentarzy: 1 |
| NAJGORĘTSZE miejsce na świecie!!
Dodał: Pawel
|
|
Dojechaliśmy do Doliny Śmierci. Co tu dużo pisać: GORĄCO! Jest godzina tuż przed 9 wieczorem, zachód słońca był już ponad godzinę temu, a na termometrze ponad 42*C !! Ciekawe co będzie w ciągu dnia??!!
|
| Piątek 8 Sierpnia 2008
|
Komentarzy: 3 |
| 06.08 Dojechaliśmy do Pacyfiku
Dodał: Jacek
|
Wczoraj droga zakończyła się znakiem "END" dalej był już tylko Ocean. Dziś śmigaliśmy drogą "Califormia 1"
PS. mamy zaległości w wpisach i zdjęciach - trudno je opanować.
PS. 2 Straszna zimnica w Kalifornii - marzniemy, chodzimy w polarach i kurtkach.
|
| Czwartek 7 Sierpnia 2008
|
Komentarzy: 1 |
wcześniejsze wpisy
|
|
|
|
|